W 2009 wpadł nam (5 ziomkom) do głowy pomysł żeby zrobić sobie ciekawe wakacje. Tajlandia jest egzotyczną opcją, a takiej właśnie szukaliśmy, przy okazji jest łatwa w podróży, bezpieczna, a na miejscu da się przeżyć za psie pieniądze :P. Nic piękniejszego dla studentów I roku. Kupując bilety ponad pół roku przed planowanym terminem wyjazdu, czyli sierpniem 2010, bilety można było dostać w okolicach 2300 PLN (właściwie już nie pamiętam dokładnie, ale chyba tak :P), z tym mankamentem że w drodze powrotnej mieliśmy przesiadkę 20h w Kijowie. Ale co począć, droższych biletów nie chcieliśmy. Przez pół roku zakupione bilety przypominały o wyprawie, z niecierpliwością czekaliśmy na nadejście sierpnia, wysłaliśmy sobie 10 milionów artykułów o Tajlandii, linków do filmików, i wszystkiego związanego z wyjazdem.

W końcu nadszedł dzień, The Day, samolot z Warszawy zabrał nas do kraju, który miał zostać naszą inspiracją do dalszych podróży po Azji, który zasiał w nas nieuleczalną chęć zwiedzania świata którego nie znamy. Wow jakie piękne zdanie :D No w każdym razie pierwszy wyjazd do „innego” naprawdę robi wrażenie, wolność jaką dają kraje Azji jest uzależniająca – jechaliśmy na spontanie, z mglistym zarysem trasy którą chcieliśmy zrobić, bez rezerwacji, jedynie z plecakami. Tak się tam podróżuje, z dnia na dzień można podejmować decyzje „ok chłopaki, jedziemy dalej”. Do tego wszystkiego na miejscu jest tanio, można sobie pozwalać :D. Przez 3 tygodnie trwania tripa, śpiąc w umiarkowanie słabych warunkach, ale za to jedząc, pijąc i zwiedzając bez większych zahamowań, wydaliśmy mniej niż poszło na bilet. Na takich wyjazdach czuje się prawdziwą wolność, żyje się w chwili, nie planując do przodu więcej niż potrzeba. Świetna sprawa!