Busy nocne mają złą sławę – ostrzegano nas przed kradzieżami więc zabezpieczyliśmy bagaże kłódkami. Okazało się że nie na daremno, wyraźnie było widać że ktoś przy nich majstrował jak spaliśmy, jednemu z nas prawie rozwalili wbudowany zamek, jednak torba była solidnej firmy i nie dostali się do środka. Koło 3 rano dotarliśmy do Chumphon, miasteczka z którego mieliśmy wziąć łódź na Koh Tao, wyspę żółwia. Jednak do jej przybycia mieliśmy jeszcze sporo czasu, zdrzemnęliśmy się więc a potem doświadczyliśmy jeden z piękniejszych wschodów słońca. Uroku dodawał rybacki charakter portu – tajscy poławiacze przygotowali sieci, odcumowywali łodzie, wszystko w błyszczącym na falach brzasku poranka. Do Koh Tao dopłynęliśmy jakiś czas później. Mieliśmy ochotę na pobyt w jak najbardziej zacisznym zakątku wyspy. Wzięliśmy taxi-jeepa do ośrodka na zachodniej plaży. Droga przez wyspę jest przejezdna tylko dla samochodów napędzanych na cztery koła z bardzo wysokim zawieszeniem – strome piaszczyste ścieżki pobrużdżone monsunowym deszczem to wyzwanie nawet dla nich. Bungalowy które wynajęliśmy są proste, lecz położone w malowniczej zatoczce usianej głazami, na stromym zboczu. Leżąc w hamaku na tarasie z piwkiem w ręku, podziwiając zachód słońca czuliśmy się naprawdę wychillowani.

Ten dzień spędziliśmy właśnie na relaksie do granic możliwości. Kąpiąc się w morzu, podziwiając rafy, plażując. Po południu Michu poczuł się trochę gorzej, dopadła go gorączka, a że w naszej zatoczce nie było sklepu, zrobiliśmy sobie spacer do najbliższego miasteczka do apteki. Był to bardzo wyczerpujący marsz, w 30 stopniach ciepła, drogą pod górkę i z górki na zmianę, doszliśmy dopiero na zachód słońca.


Do apteki, sklepu, potem coś zjeść i już była noc. Powrót na piechotę raczej wypadał z gry – droga co najmniej 2h marszu, a my nie mieliśmy ani latarek ani sił. Jeep-taxówkarze dokładnie widzieli w jakiej jesteśmy pozycji, tym sposobem musieliśmy wziąć najdroższą taxi w życiu :D. Jednak podróż na pace przez dżunglę pod gwieździstym niebem miała niepowtarzalny klimat.

Wieczorem usiedliśmy na wielkim, płaskim głazie nad morzem, pogadać i popiwkować. Paweł poszedł spać wcześniej gdyż na rano miał wycieczkę nurkową. Koh Tao to bardzo popularna miejscówka do nurkowania, znajduje się tu pełno szkółek. My mając nudniejsze plany na jutro postanowiliśmy pokrążyć po naszej zatoce. W pewnym momencie doszliśmy do długich bardzo stromych schodów prowadzących gdzieś wgłąb wyspy. Zaciekawieni podążyliśmy nimi, jednak na górze była tylko polna droga zarośnięta dżunglą, spowita całkowitą ciemnością. Jedna rzecz przykuła naszą uwagę, maleńkie światełko migoczące w oddali rzucało się w oczy wśród gęstej nocy. Poszliśmy w jego kierunku jak zahipnotyzowani, mijając je spostrzegliśmy kolejne trochę dalej, i następne i następne. Lampki widocznie dokądś prowadziły, wiodły pomiędzy palmami na wzniesienie, z którego zaczęliśmy słyszeć dźwięki muzyki. Jeszcze kilka minut i znaleźliśmy się w najfajniejszym barze jaki istnieje kurde na tym świecie – Sky Bar. Wykonany z drewna wielki taras przykryty dachem, oświetlały lampy UV, wydobywając niesamowite wzory namalowane wszędzie na ścianach, podłodze i suficie świecącą farbą. Wystrój nieco psychodeliczny, nadający miejscu niepowtarzalny klimat. Widok z góry na całą naszą zatokę i jeszcze trochę w dżunglę. W środku barek, stół bilardowy przy którym mistrzowska Francuzka gra z Tajami w killera (świetna gra na kilka osób),  loże z poduchami na których siedzą dwie mocno wytatuowane dziewczyny, ława otoczona przez 5 Niemców rżnących w pokera i jeszcze nie okupowany hamak. Chemical Brothers rozbrzmiewa z głośników. Już wiemy jak skończy się dzisiejsza noc :D.

Rano jesteśmy co nieco nieżywi. Jednak mamy plan żeby popłynąć na pobliską wysepkę, którą dobrze zapamiętałem gdy byłem tu jako małe dziecko z rodzicami. Strasznie się rozczarowałem gdy nasz longboat dopłynął do zupełnie odmienionego miejsca. 10 lat temu była to dziewicza wyspa, z pięknymi rafami i plażami, teraz żeby na nią wejść trzeba zapłacić w porcie 100 bahtów, część plaży zabetonowali tworząc taras dla restauracji, a rafy pomniejszyły się znacznie. Niestety turystyka zabija naturalną Tajlandię, to samo za kilka lat stanie się z Kambodżą, Laosem i innymi krajami południowo-wschodniej Azji. Trzeba się śpieszyć z ich odwiedzaniem. Spędziliśmy tam kilka godzin popijając najdroższą fantę w kraju. Wieczór spędziliśmy w knajpce w naszej uroczej zatoczce, obserwując zawsze robiący wrażenie zachód słońca.


Rankiem przeprawiliśmy się promem na wyspę Koh Phangan, omijając z daleka trąbę powietrzną.

Koh Phangan słynie z potężnej imprezy odbywającej się w każdą pełnię księżyca na plaży Haad Rin – Full Moon Party. W sezonie zgromadza ona do 30 tys. osób. Dzisiaj był dzień przed pełnią, i nasza ostatnia noc na wyspach. Udaliśmy się więc na imprezę, która może nie dorównywała skalą tej która miała nadejść jutro, jednak i tak zgromadziło się z 300-400 imprezowiczów. Ubabrani fluorescencyjną farbą tańczyli na stołach i podestach, popijając z bucketów. Na środku plaży tańczyli z ogniem Tajowie, żonglując podpalonymi pochodniami, kręcąc linami i nie mam pojęcia czym jeszcze. Niesamowite że w tej zgrai ludzi, zupełnie przypadkiem spotkaliśmy się z poznanymi w Kanchanaburi anglikami. Ależ było radości :D. Wróciliśmy nad ranem, cały dzień spędziliśmy na plaży.

Niepoprawnie wczesnym rankiem wyruszamy z powrotem do Bangkoku.