W rękach trzymając zingery z KFC biegniemy przez wielki terminal szukając naszego autokaru do Kanchanaburi. Mamy niewiele czasu, to ostatni tego dnia, a zdecydowaliśmy się nie nocować dziś w Bangkoku. Cudem zdążamy, w nagrodę pałaszujemy kentucky kurczaka. Do Kanchanaburi z Bangkoku jedzie sie 2-3h, dojeżdżamy późną nocą. Udało nam się w jeden dzień przejechać z Angkor Wat aż tutaj, jednak jesteśmy masakrycznie zmęczeni. Gramy w kamień-nożyce-papier kto idzie szukać noclegu, reszta zasiada w restauracji na chłodne piwko i przekąskę. Kanchanaburi poza sezonem (czyli w terminie w którym jesteśmy) jest bardzo spokojne. Ulica na której się znajdujemy mieści pub przy pubie jednak tylko dwa są otwarte, schodzą się do nich wszyscy turyści. Codziennie inny pub otwarty jest dłużej – ten gdzie zasiedzą się podróżnicy popijając piwo, śpiewając Wonderwall przy akompaniamencie gitary właściciela baru, i wymieniając się doświadczeniami. Miasteczko to urzekło nas od razu, to tutaj poznamy najwięcej ludzi, bawiąc się z nimi do białego rana. Jednak tego dnia jedyne o czym marzymy to łóżko. Nasz zwiadowca wraca z rekonesansu, wybrał przyjemne, zadbane bungalowy, w bardzo miłej cenie 12 zł za dobę.

Ranek spędzamy w miłej knajpie prowadzoną przez najśliczniejszą Tajkę jaką widziałem w życiu, wcinając sajgonki. Potem robimy sobie pieszą wycieczkę na cmentarz wojenny, gdzie spoczywają ofiary budowy kolei śmierci- kolei Birmańskiej (16 tys. jeńców, cywile pochowani na innych cmentarzach i mogiłach, ich było 100 tys.). Dalej drogą do jaskiń. Staramy się złapać stopa, lecz kierowcy tylko do nas machają śmiejąc się, jakby nie znali znaczenia wyciągniętego kciuka. Po długim marszu dochodzimy do celu. Mnisi żyjący przy jaskiniach urządzili w nich kapliczki.

Wychodzimy na powierzchnię, przygotowując się na dłuuugi spacer do domu, lecz tym razem los się do nas uśmiecha – uśmiechnięty taj sam z siebie zatrzymuje się swoim pickupem i proponuje podwózkę na pace. Tym sposobem jesteśmy w mieście 2h szybciej. Wieczorem idziemy do pubu „Up 2 You” prowadzonego przez bliźniaków. Jakoś tak się sprawy toczą, że kończymy pijąc z nimi tequilę, i śpiewając znane filmowe piosenki do dźwięków gitary. Zabawa jest przednia, jednak w pewnym momencie stwierdzamy że jesteśmy głodni. Kuchnia u naszych bliźniaków była już zamknięta, więc idziemy szukać jadła w miasto. Natrafiamy na uliczne stoisko przy którym stara babcia robi nam pad thai – bardzo popularne tajskie danie. Najedzeni do syta dalej kursujemy po mieście, bardziej jak Messerschmitty niż piesi. Naszą uwagę przykuwa głośny jak na tą porę pub. Bez wahania wlatujemy do środka, zataczając dwie beczki i korkociąg. Witani jesteśmy popularnym w Tajlandii bucketem – wiaderkiem pełnym rumu/whisky z colą. Okazuje się że młoda angielka kończy dziś pracę w tym barze, i wyprawia imprezę. Poznajemy ją i jej przyjaciół, długo z nimi gadamy i balujemy. Gdy zbliża się poranek zapraszają nas na pomost, z którego oglądamy wschód słońca nad rzeką Kwai.

Dzień również mamy napakowany wrażeniami. Jedziemy minibusem do Erawan Falls. Tworzy je siedem malowniczych wodospadów, do najwyższego trzeba odbyć krótki (1h) trek przez dżunglę. W niektórych da się kąpać – nasz ulubiony wyposażony był w dwa ogromne gładkie głazy, z których dało się zjeżdżać jak po ślizgawce. Spędziliśmy tam kupę czasu, odświeżając się w chłodnej wodzie, skacząc i figlując.


Po wodospadach na słonie jedziemy. W okolicach Kanchanaburi organizowane są przejażdżki na słoniach, jednak nie polecam. Teren jest bardzo ograniczony, nie dostarcza wrażeń, jeździ się po trawiastym parku (moi rodzice byli kiedyś na 3h wyprawie na słoniach przez dżunglę – takie coś mogło by bawić). Potem krótki spływ tratwą po rzece (też nudny) i wracamy do miasta, biorąc pociąg, którego budowniczy spoczywają na cmentarzu wojennym.




Zahaczamy jeszcze o sławny most na rzece Kwai. Wieczorem udajemy się do restauracji poleconej przez znajomych – „Apple’s Retreat”. Najlepsze żarełko jakie było nam dane jeść w Tajlandii, szczerze polecam. Przy okazji znajdujemy też małe biuro podróży prowadzone przez francuza, gdzie załatwiamy sobie transport na wyspę Koh Tao. Z samego rana wyruszamy, przed nami długa podróż.