Lot trwa 11 godzin. Dolatujemy nocą. Pod nami rozpościera się dywan świateł, poprzecinany grubymi nićmi ulic :D. Bangkok, stolica Tajlandii jest spory – aglomeracja liczy ponad 10 mln mieszkańców. To prawie tak dużo jak liter w prawdziwej nazwie tego miasta: 

Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit

Jest też najgorętszym miastem świata (średnie temperatury), co czuć od razu po wyjściu z klimatyzowanego lotniska. Oprócz fali gorąca uderza również zapach spalin, tłuszczu i zgnilizny, wymieszanych w proporcjach które na długo zapadają w pamięć. Taksówką jedziemy na główną turystyczną ulicę Bangkoku, osławioną Khao San, która teraz w świetle poranka przygotowuje się do przyjęcia rzeszy turystów. Wynajmujemy 2 pokoje na Soi Rambuttri, zacisznej uliczce naprzeciwko Khao San Road, gdzie pokoje są tańsze (dziury bez okien :P), a okolica spokojniejsza. Jako że jesteśmy zjetlagowani, zmęczeni lotem i oszołomieni gorącem, decydujemy się posiedzieć w pobliskim parku pod jakimś drzewkiem i poczilować. Gramy w karty, lecz nie długo – po chwili przychodzi ochroniarz tłumacząc nam że hazard jest zakazany. Tajowie swojego czasu cięli w gry hazardowe ciut za dużo.

Trochę wypoczęliśmy, a niebo zaszło chmurami przynosząc ulgę od palącego słońca. Ruszyliśmy zobaczyć ulice i uliczki w naszej okolicy. Spacerując bez celu łatwo dostrzega się tempo życia tutejszych, chłonie się atmosferę miasta. Warto też się zgubić :D – miejsca do jakich się wtedy trafi mogą przynieść wiele przygód. Po jakimś czasie trafiliśmy na uliczkę ciągnącą się wzdłuż rzeki Chao Phraya. Ulica skryta była pod dachem, a na jej całej długości tajowie przygotowywali żarcie, każdego rodzaju, wszelkich smaków. W powietrzu unosiła się mgła od parujących garów, nadając miejscu magiczny wygląd. Stwierdziliśmy że musimy tam zjeść, chwilę potem natrafiliśmy na knajpę w której siedzieli sami tajscy studenci. Jedna zasada sprawdza się w Azji zawsze – w miejscach w których stołuje się dużo localesów, żarcie będzie dobre. I było, zamówiliśmy standardowe danie shrimp fried rice, no pycha. Reszta dnia zeszła na dalszym włóczeniu się po Bangkoku, fajnie.

Następnego dnia standard, czyli zwiedzaliśmy miejsca które należy, przewodnikowo. Generalnie nie jestem fanem świątyń, muzeów itd, ale takie zwiedzanie nadaje tempa dniu, jeżdżąc od celu do celu poznaje się miasto samo w sobie. Stwierdziliśmy że nie pojedziemy taksówką, albo tuk tukiem (mały trójkołowy śmiesznie pyrczący wehikuł) tylko lokalnym busem, żeby się wczuć w klimat. Tak dojechaliśmy do świątyni złotego Buddy.

A z tamtąd udaliśmy się do świątyni na złotej górze.

A z tamtąd tuktukiem (5 osób + kierowca, this is how they like it) do posągu stojącego Buddy. Tam postanowiliśmy że wrócimy na naszą ulicę na piechotę, innymi słowy postanowiliśmy się zgubić. Łaziliśmy wąskimi uliczkami, na których toczyło się tajskie życie bez turystów, stragany, pełno kotów, kafejka w której młodzi Azjaci grali w CS’a, całkiem chillout. Na naszą uliczkę trafiliśmy późno wieczorem, po drodze zaopatrując się w tani lokalny rum, po którym kac okrutnie męczy. Mieliśmy zamiar wtopić się w nocne życie Bangkoku, i się udało. Khao San po zmroku zamienia się w kocioł, w którym mieszają się turyści wszelkich narodów, lokalni sprzedawcy przekąsek, i podróbek zegarków, właścicieli pubów, masażystów i bóg wie jeszcze czego. W bocznych uliczkach czeka zgraja prostytutek, które nachalnie dają o sobie znać. Od razu zaciekawiło nas stoisko ze smażonymi robakami – sprzedawca za darmo oferował zebranym turystom próbki swoich dań, jednak nikt nie chciał się skusić. Rum mocno już szumiał w głowie, więc bez wahania zaprezentowaliśmy zebranym z czym to się je, dodając reszcie odwagi, a sprzedawcy klientów :D. Potem chwilka w pubie, spijając nasze nowe ulubione piwo Chang, i dalej w miasto. Noc była długa, a poranek ciężki.

Rano (późnym popołudniem) zwiedziliśmy pałac królewski, który jest piękny, wspaniały i bogaty.

A wieczorem szybko do łóżka, bo rano mamy pociąg do granicy tajsko – kambodżańskiej do miasta Aranyaprathet (6h jazdy, 12 zł bilet). Fajna przejażdżka, lubię pociągi, patrzeć na krajobraz, gadać z tajskim nauczycielem (zaczepił nas i pytał o WSZYSTKO :P). Na miejscu trzeba załatwić visę, z czym związany jest popularny scam – tuktukarz wiozący ze stacji do przejścia granicznego zatrzymuje się przed budkami, w których urzędują cwane typki. Załatwiają visę z kambodżańskiej ambasady (która jest zaraz obok), która kosztuje 30$ + doliczają sobie prowizję za fatygę. Rzecz w tym że visę można również nabyć 200m dalej, już na przejściu, za 20$ bez żadnych prowizji (i problemów). Niestety daliśmy się wrobić, ale lesson learned. Jedziemy do Kambodży, zobaczyć Angkor Wat.