Po Kambodżańskiej stronie granicy panuje chaos, pełno wózków pchanych przez ludzi, policjanci, psy, ciężarówki, i turyści zaganiani do punktu medycznego w którym informowani są o chorobach (w trakcie naszego pobytu ostrzegano przed SARS). Potem sprawdzenie paszportów, pieczątki, podpisy, i dalej zaganianie, tym razem do rządowych autobusów które zawiozą na parking, z którego już na własną rękę można jechać dalej.

Kompleks świątyń znajduje się w pobliżu miasteczka Siem Reap do którego dojeżdża się autobusem lub taksówką (droga jest nowiusieńka, jedzie się szybko i przyjemnie). Mr Chroy, typek który ogarniał przejazd busem, proponuje nam hotel. Generalnie unikamy miejsc do których zapraszają taksówkarze, tuk tukerzy itp. ponieważ za każdego turystę dostają prowizję = cena jest wyższa. Jednak to miejsce nam się spodobało, i było tanie jak cebula. Ładny pokoi ze śniadaniem w cenie, a i tak połowę tańszy niż w Tajlandii – welcome to Cambodia :D.

Rankiem bez większego ociągania się ruszyliśmy tuk tukami do świątyń. 3 dniowy karnet na zwiedzanie kosztuje 40$ (zamierzaliśmy zwiedzać 2 dni, jednak jednodniowe wejściówki się nie opłacały). Angkor Wat to najważniejsza turystyczna atrakcja Kambodży, i największy skarb Kambodżan. Jej wizerunek widnieje na narodowej fladze, banknotach, a także na szyldach wielu knajp, nalepkach piw, i wszędzie gdzie potrzeba narodowego symbolu. Nie trudno się temu dziwić, przechodząc kamiennym mostem przez fosę otaczającą główną świątynię, zaczyna się czuć majestat i magię tego miejsca, a to dopiero początek. Ogromne bloki kamienne spoczywające jeden na drugim tworzą wznoszące się stromo Waty, od razu wzbudzające respekt. Angkor Wat powstała w XII wieku, w środku dżungli – zawsze gdy jestem w takich miejscach nie mogę odpędzić myśli „jak oni to, cholera, zrobili?!”. 

Angkor Wat ma to do siebie, że nawet najgorszy fotograf celując obiektywem na chybił trafił zrobi zdjęcie co najmniej dobre – sceneria jest baśniowa, co zresztą doceniło wielu artystów i filmowców, tworząc obrazy i ujęcia właśnie tu (np. Tomb Raider).

Po całodniowym zwiedzaniu należał nam się tęgi posiłek. W Siem Reap powstała uliczka na której znajdują się jedna przy drugiej knajpy i puby – Pub Street. Nastawiona na turystów, urzeka różnorodnością kuchni i wystrojów. Trafiając w takie miejsce mieliśmy ochotę zjeść coś bardziej europejskiego (uwielbiam azjatyckie jedzenie, jednak od czasu do czasu człowiek ma nostalgiczną ochotę na coś swojskiego). Tak trafiliśmy do knajpy Funky Munky, która chwali się burgerami o wdzięcznej nazwie Cardiac Arrest. Jak można się domyślić ich głównym składnikiem są kalorie :D. Każdy może sam skomponować sobie burgera, który będzie ociekał tłuszczem i będzie pyszny – tego nam było potrzeba. Po kilku piwkach wróciliśmy do hotelu na spanie, gdyż na rano zaplanowaliśmy wycieczkę na osławiony wschód słońca nad Angkor Wat.

Pobudka o 5 rano. Miasto śpi, słychać tylko cykady, moskity i warkot naszego tuk tuka. Przednie światła oświetlają kilka metrów drogi przed nami, latarni nie ma. Zatrzymujemy się na parkingu, z którego za dnia widać świątynię w całej okazałości. Teraz warstwa mroku skrywa wszystko. Po kamiennej grobli, świecąc latarkami przedostajemy się za fosę. Siadamy na murku budynku, który prawie tysiąc lat temu był biblioteką. Zbliża się poranek, a wraz z nim nasze rozczarowanie – chmury zakrywają gęsto całe niebo, nie ma co liczyć na wschód z pocztówki. Jest pora deszczowa, więc liczyliśmy się z takim scenariuszem.

Tego dnia zwiedzaliśmy odleglejsze waty (świątynie), które oprócz wyjątkowo pięknej scenerii cechowały się też większą ilością naganiaczy i żebraków. Popularne były widoki ofiar pól minowych, którzy tworzyli kapele grając dla pieniędzy. Widok nieco makabryczny, gdyż większość z nich nie miała jednej lub kilku kończyn, pourywane kawałki twarzy, oślepieni. Przy nich krzątały się urocze kilkuletnie dziewczynki z biednych rodzin (chłopcy w tym czasie pracują na polach ryżowych), sprzedając piszczałki, pocztówki i niezliczoną ilość bransoletek – wszystko za dolara. Naprawdę ciężko oprzeć się zakupowi, gdy łamanym angielskim z uśmiechem na twarzy zagadują całą drogę do świątyń. Jedna z nich zakłada się ze mną, że jeśli wygra w kółko i krzyżyk kupuję od niej pocztówki. Nie wiem jakim cudem, ale przegrałem :P. Nawet gdy nic nie sprzedadzą, przynajmniej poćwiczą język obcy – na pewno przyda się za kilka lat, kiedy turystów będzie jeszcze więcej.


Wieczorem znów rundka po Pub Street, tym razem próbując kuchni khmerskiej (lokalnej), potem gra w kości przy piwku w hotelu. W pewnym momencie przysiada się do nas Sara Park, Koreanka podróżująca po południowo-wschodniej Azji w pojedynkę. Ma ze sobą spory worek marihuany przeszmuglowanej z Laosu, do tego notatnik w którym pisze słowa jak nie potrafi ich powiedzieć. Jej angielski jest dużo gorszy niż Kambodżańskich dziewczynek, jednak jakoś rozmawiamy, rozweseleni piwem. Do dziś uważam że nie rozumiała połowy rzeczy które do niej mówiliśmy :D. Ciekawa postać.

Rano powrót, wracamy do Tajlandii, następny przystanek – Kanchanaburi.