Indie i Nepal, tak sobie wymyśliliśmy na 2011 rok. Motyw? Jeszcze taniej, ciekawiej, ciężej. Po zeszłorocznej wycieczce do przyjaznej turystom Tajlandii postanowiliśmy pojechać w miejsce gdzie może stać się więcej, gdzie chaos jest słowem kluczowym, a przygoda drugim w kolejności. Świat Indii jest wypełniony życiem i śmiercią, bogactwem i skrajnym ubóstwem, religijnością i uwielbieniem zachodniej kultury – tak zawsze opisują Indie przewodniki, i jest to trafne do bólu. Tyle rzeczy ile się tu widzi jednocześnie, sprzecznych z sobą, nieogarniętych, nie ma chyba nigdzie indziej na świecie. Bród i smród tego kraju obmywa starożytne cuda świata. Kolory życia nadają barwne ubrania hindusek, żółto-zielone wszechobecne riksze, spalone słońcem brązowe skóry żebraków, niebieskie ściany budynków, brudne pyski krów. Indie przyciągnęły nas fantastycznymi zdjęciami i niesamowitymi opowieściami. Wiedzieliśmy że pakujemy się w gorący kocioł hałasującego życia, i tego nam było trzeba. Dodatkowo zaplanowaliśmy sobie jeden tydzień w Nepalu, dla kontrastu – u podnóży Himalajów mogliśmy liczyć na spokojne uduchowione podejście do życia, i na świeży haust powietrza wśród niesamowitej przyrody.

Wyjazd spełnił wszystkie nasze oczekiwania,wróciliśmy zauroczeni zarówno Indiami jak i Nepalem, każdym na swój odmienny sposób. A zaczęło się to uroczenie w Delhi…