Do Waranasi, jednego z najstarszych miast świata (przez ponad 3000 lat osada jest zamieszkiwana) przybywamy nad ranem. Z dachu naszego hotelu podziwiamy wschód słońca nad Gangesem, świętą rzeką hindusów.

Na śniadanie idziemy do pizzeri, jednak jest to słaby wybór – hindusi dobrej pizzy zrobić nie potrafią. Zanim opuścimy lokal zaglądam jeszcze do toalety. Śmieszna sprawa – właściciel pokazuje mi podwórko, na którym śpią 2 psy i stara babcia, zaraz koło nich stoi umorusana krowa, żując coś uparcie, a za tym wszystkim stoi drewniany parawan, zakrywając dziurę w ziemi, która jest toaletą :D. To miasto rzeczywiście ma trzy millenia. Potem robimy sobie spacer wzdłuż rzeki, a przynajmniej taki mamy zamiar. Okazuje się że Ganges wylał, i jego poziom jest 10m za wysoki. Przykrywa prawie całe ghaty – rzędy schodów schodzących do rzeki, na których hindusi odbywają świętą, oczyszczającą kąpiel. Jest też bardzo rwący, i jak na siebie mocno rozcieńczony. Normalnie rzeka ta płynie wolno, niosąc ze sobą spalone (czasem nie do końca) ciała zmarłych, odpady kanalizacyjne i przemysłowe – stężenie bakterii w Gangesie przekracza dopuszczalny poziom ponad 300 tys. razy. Nic dziwnego że większość turystów unika kąpieli, zaraz nabawili by się ameby lub innego świństwa. Jednak hindusi mieszkający tu całe życie są częściowo uodpornieni. Miasto pokonujemy wąskimi uliczkami, które odchodzą od głównej drogi, prowadząc labiryntem nad ghaty. Czasem są tak wąskie, że z trudem mija się ludzi, gorzej natrafić na krowę – taką trzeba dobrze przytulić żeby przejść obok, a krów ci tam w brud. Co jakiś czas przemykają również watahy psów. Uliczni sprzedawcy oferują czai, naany i inne hinduskie przekąski.


W końcu dochodzimy do kremacyjnego ghata. Tutaj doświadczamy jednego z ważniejszych hinduskich rytuałów. Zgromadziło się tu wiele rodzin, oddając w płomienie swych zmarłych krewnych, bogatsi mają duże ceremonialne stosy, biedniejsi kupują tyle drewna na ile ich stać. Spektakl śmierci trwa nieprzerwanie. Fotografowanie jest zakazane.

Wynajmujemy potem łódź, żeby zobaczyć to wszystko z perspektywy rzeki. Czerwone płomienie oświetlają stare mury, na tle nocnego nieba. Klimat jest baśniowy.

Rano bierzemy jeszcze raz łódkę żeby zobaczyć ghaty za dnia, potem jeździmy rikszą po mieście.

Popołudniu wsiadamy w pociąg i zmierzamy do Delhi. Zbliża się koniec naszego wyjazdu, jednak na koniec zostawiliśmy sobie jeszcze perłę Indii – wspaniały Taj Mahal. Popełniliśmy jednak pewien błąd, mianowicie wykupiliśmy jednodniową wycieczkę do Agry z biura podróży. Okazało się, że droga którą w pociągu pokonalibyśmy w 3h, autobusem zajęła 8h – a to przez korki i standardowe zbieranie uczestników aż do zapchania pojazdu. Z początku dziwiliśmy się czemu wyjazd zaplanowano na 5:00 rano. W każdym razie przeżyliśmy nieprzyjemny bus ride, a humory szybko poprawiła nam ładna pogoda, idealna do zwiedzania. Szczerze powiem że nie sądziłem żeby Taj Mahal różnił się w odbiorze od innych pięknych indyjskich budowli, jednak muszę przyznać że na prawdę robi niesamowite wrażenie. Białe ściany marmurowego grobowca są większe niż je sobie wyobrażałem, położony w przepięknym parku, z alejkami wiodącymi wzdłuż sadzawki z fontannami, sprawia wrażenie baśniowego pałacu wyrwanego z brudnej rzeczywistości Indii. Niesamowity jest!


Ostatni dzień w Delhi spędziliśmy chodząc, wszędzie, wtykając nosy, zapamiętując smaki i zapachy. Mimo że byliśmy już zmęczeni brudem i pędem hinduskiego życia, nie chcieliśmy wracać, przywykliśmy do tego. Indie nas wciągnęły, moglibyśmy spędzić tu kolejny rok, a i tak nie przestałyby nas zadziwiać. Wieczorem jeszcze jeden must do – idziemy do kina na nowy Bollywoodzki hit „Bodyguard”. Jej jak oni kochają własne kino. Naiwne, efekciarskie, jednak sprawia że czujesz się pozytywnie. Na koniec filmu obowiązkowy grupowy taniec, w milionie świateł, kolorowym dymie, z nią i z nim tańczącymi na pierwszym planie, za nimi idealnie skoordynowany w ruchach tłum. Tak żegnają nas Indie, w chaosie życia znajdujemy choreografię, tu nie liczy się jednostka, tu liczą się zgrane tłumy, bez słów rozumiejące się w codzienności, mimo podziałów, różnic klasowych, tańczące razem we współczesności :D. Goodbye India, we’ll be back…

 

Fragment filmu LiveALife – część V, czyli Varanasi i Agra: