Tam na dole pewnie pada teraz deszcz, jednak my jesteśmy ponad kłębiącymi się cumulusami. Lecimy do Kathmandu, stolicy Nepalu. Po 2h jesteśmy na miejscu. Widok po wyjściu z lotniska zapiera dech w piersiach – jest epicko. Bierzemy taxę do centrum, i wynajmujemy pokoje z wi-fi, ciepłą wodą i telewizorami, za 10 zł/os. Żyć nie umierać. Spacer po mieście dostarcza pierwszego wrażenia – jest dużo spokojniej i mniej chaotycznie niż w Indiach, wypoczniemy od zgiełku.

Pierwszego dnia zwiedzamy Monkey Stupę, buddyjski obiekt na wzgórzu, zamieszkany przez małpy. Jesteśmy nad miastem, pod nami rozpościera się dolina Kathmandu – w tych warunkach zachód słońca jest iście niesamowity.

Następnego dnia Boudanath Stupa – jedna z największych na świecie, oraz hinduska świątynia Pashupatinath, w której po raz pierwszy byliśmy świadkami kremacji zmarłych (i do której można wejść od tyłu za darmo, w głównym wejściu kasują turystów 500 nepalskich rupii).


Bylibyśmy głupcami, gdyby będąc w Nepalu nie ruszyć na trekking. Co prawda na prawdziwe podróżnicze doznania potrzeba conajmniej 2 tygodni (Annapurna base camp – najkrótszy z poważnych treków), jednak nasz 2 dniowy do Nagarkotu (miasteczka z którego rozlegać się powinna wspaniała panorama na Himalaje), również przyniósł nam dużo wrażeń i frajdy. Początek naszego treku był w wiosce Sundarijal. Trzeba było się do niej dostać, wybraliśmy lokalny autobus, jednak był to błąd. Sama podróż nie powinna zająć więcej niż 45 minut, lecz nepalczycy (zresztą tak jak hindusi) nie odpuszczą sobie szansy zarobienia dodatkowego grosza. Autobus przez 2h jeździł po Kathmandu, dopóty dopóki nie był napchany ludźmi tak, że siadali sobie na kolanach. Niewygodnie, gorąco, stracony czas, nie polecam. Pierwszy dzień treku skończy się w wiosce Chisapani, jednak do niej daleka droga. W pionie pokonać trzeba prawie kilometr, więc wspinaczka jest stroma i męcząca – w nagrodę widoki nie z tej ziemi, wspaniała przyroda, i co jakiś czas lokalne osady, w których ludzie żyją jak w poprzedniej epoce, bez prądu, światła ani wody, wszystko z natury.

Woooow!
Idziemy i idziemy, a Chisapani nie widać. Powoli zaczyna się robić ciemno, zbierają się też deszczowe chmury.
Na duchu podtrzymuje nas piesek, który dołączył się do nas w pewnej wiosce, i wędruje z nami już 6h. Pewnie wie gdzie idzie. W pewnym momencie wchodzimy w głęboki kanion, porośnięty miękkim mchem, widoczność jest prawie zerowa, wyjmujemy jedyną latarkę którą mamy, zapalamy lampkę w komórce. Przez następne 2h idziemy blisko siebie, święcąc naszym wspaniałym osprzętem, i potykając się co i rusz. Kłębiące się jeszcze niedawno w oddali chmury teraz przykryły nas chłodną, mżącą mgłą. Przygoda! Bu bu – bo tak ochrzciliśmy psa – nas nie opuszcza. W końcu z mroku wyłania się rozmyte światełko, jeszcze chwila i jesteśmy pewni że dotarliśmy do celu. Stary dziadek z żoną otwierają nam hotelik mimo późnej nocnej godziny, podają coś ciepłego do przekąszenia. Znajdują też przyssanych do nas kilka pijawek, z wprawą pomagają się ich pozbyć. Wymęczeni zasypiamy.

Rano jest mgliście i tajemniczo, jednak a miarę upływu czasu pogoda staje się przyjemna, trochę chmur na niebie sprawia, że nie jest nam gorąco tak jak dnia pierwszego. Droga też jest łatwiejsza, do Nagarkotu idzie się po dużo bardziej płaskim terenie. Początkowo ścieżka wiedzie przez lasy, co jakiś czas trzeba pokonać przecinający ją strumień. Później jednak spotykamy trochę cywilizacji – szkoła do której dzieci muszą dochodzić z różnych zakamarków doliny.


Do Nagarkotu docieramy na szczęście przed zmrokiem :D. Okazuje się że restauracja w naszym hoteliku jest bardzo dobra, więc cały wieczór bawimy się w nepalskie dania. Przed zaśnięciem nastawiamy budziki na 5:00 rano. Wschód słońca ponad Himalajami to podobno jeden z piękniejszych widoków na świecie, a Nagarkot jest świetnym miejscem do jego doświadczenia. Niestety, tak jak w zeszłym roku nie udało nam się zobaczyć wschodu słońca nad Angkor Wat, tak i teraz budzimy się tylko po to, żeby zobaczyć gęstą mgłę. Nasz los, mamy pecha.

Humor poprawia nam powrót do Kathmandu na dachu autokaru, bardzo wygodnie i fajne uczucie, do tego pogoda się poprawiła więc podziwiamy niższe widoki.

Druga rzecz która poprawia nam humor (choć też napędza stracha) to wykupione na jutro skoki na bungee. Po powrocie do Kathmandu trochę piwkujemy, zajadając się pierożkami momo z wieprzowiną, jagnięciną z grilla, oraz innymi pysznymi daniami. W końcu po bezmięsnych prawie Indiach możemy sobie odbić.

Rano pobudka o 5:00, skoki odbywają się w ośrodku Last Resort, który znajduje się w kanionie bliżej tybetańskiej granicy. Gdy dojeżdżamy, żołądki podchodzą nam pod same gardła. Most z którego będziemy się bezmózgo zaraz zrzucać wisi na 160 metrach. Taka wysokość zapewnia 5 sekund swobodnego spadku. To dużo spadania.


Skoki były doskonałe, adrenalina buzuje, serca biją szybciej, oddech przyspiesza. Gdy stoisz na krawędzi. Rzucasz się w przestrzeń. Najgorsza nie jest wysokość. Najgorsze jest przyspieszenie. A raczej najlepsze, niewiarygodne jak szybko się rozpędzamy, lecąc głową w dół. Uczucie niesamowite, polecamy. Wykupiliśmy też drugi skok, tzw. canion swing. W pewnej odległości od mostu przerzucona była lina, na której zawieszono ogromną huśtawkę. Przy tym rodzaju skoku swobodny spadek odczuwa się 7 sekund. Jeszcze więcej spadania, jeszcze więcej frajdy. Cała wycieczka z dwoma skokami i obiadem kosztowała 80$, ale jest warto wydać takie pieniądze żeby sko(ń)czyć na jednym z większych bungee świata, w epickiej scenerii. Jezu jakie to było dobre.

Ostatni dzień w Nepalu spędzamy na Durbar Square, i imprezując w Kathmandu, które proponuje sporo więcej opcji niż miasta indyjskie (choć też o 24:00 zamykają wszystko – takie prawo).



Rano wyruszamy busem do Sunauli, w którym znajduje się przejście graniczne z Indiami. Z miasta Gorakhpur pociągiem przetransportujemy się do Waranasi.

 

Fragment filmu LiveALife – część IV, czyli Nepal: