Deszcz odbija się kroplami od spękanej, betonowej drogi. Żółty zazwyczaj piasek teraz jest sino-pomarańczowy, nasiąknięty wodą. W Jaisalmerze od dwóch dni pada ulewny deszcz, przynosząc radość mieszkańcom, jednak my liczyliśmy na prawdziwie pustynny klimat. Przynajmniej trafia nam się świetny hotel, w jak zwykle w Indiach zabójczo niskiej cenie 7 zł za dobę.

Jest ranek, wyspaliśmy się w pociągu, więc ruszamy w miasto. Cel – fort, w którym żyje 20 tys. osób (1/4 ludności miasta). Większość fortów w Indiach jest atrakcjami turystycznymi, jednak ten stanowi dom dla wielu ludzi, zamieszkują stare komnaty, pałace, korytarze. Po drodze dopada nas krótki lecz ulewny deszcz, chowamy się pod zmajstrowany przez żebraczą rodzinę szałas. Jeden z nich mówi po angielsku, rozmawiamy z nim paląc bidi – okrutnie tanie papierosy z tytoniu owiniętego w liść.

Potem witamy jeszcze w ciekawym sklepie, w którym robią ciasteczka z dodatkiem bhang – wyciągu z żeńskich kwiatów konopii. Jest to popularna w Radżastanie substancja, w Jaisalmerze legalnie można zakupić wypieki z tym specyfikiem. Mają właściwości psychoaktywne, godzinę po spożyciu mamy żywe umysły i jesteśmy skorzy do śmiechu. Hindusi najczęściej wykorzystują bhang podczas świąt, np. Holi. Dwie minuty spacerem i dochodzimy do fortu. Przechadzamy się wąskimi uliczkami obserwując życie z baśni. O ile Jodpuhr wydawał nam się co nieco cofnięty w czasie, o tyle fort w Jaisalmerze żył w średniowieczu. Nie ma samochodów, riksz, bankomatów, betonowych budynków – jedyna rzecz która przypomina o tym że nadal jesteśmy w XXI wieku, to kable elektryczne poprzeciągane tu i ówdzie. Zapewne za pokrytą płaskorzeźbami ścianą, w swoim mieszkaniu siedzi młody hindus, czatując na facebooku, jednak z zewnątrz nic na to nie wskazuje.

Fort JaisalmerNastępnego dnia jedziemy na camel safari. Popularna rozrywka w Jaisalmerze – wiele hoteli i biur organizuje wycieczki na grzbiecie wielbłąda po pustyni Thar, z noclegiem pod gołym niebem. Niestety deszcz nie przestaje padać, więc nasze wielbłądy śmierdzą mokrą sierścią. W kurtkach deszczowych ruszamy, pokonując brody potoków utworzonych przez ulewę, ślizgając się na błocie. Nasze wierzchowce chyba się cieszą z takiej pogody, jest im chłodniej, ponadto roślinność bujniejsza, można podjadać. Zanim dotrzemy na wydmową część pustyni minie cały dzień. Po drodze mijamy dwie wioski, w jednej z nich już czekał na nas przygotowany scam. Za nami zaczyna podążać grupka dzieci, nagle jedno się wywraca i zaczyna strasznie wrzeszczeć, sugerując co najmniej złamanie nogi. W ten sposób, na litość, chcieli wyłudzić od nas kasę, jednak spostrzegliśmy że młodzieniaszek udaje. Odjeżdżając widzieliśmy jak stoi już na nogach i ze złowieszczym grymasem rozmawia z kolegami. Dojechaliśmy na wydmy przed zachodem. Gdy już nacieszyliśmy się skakaniem ze zboczy, zdarzyła się kolejna niesamowita historia. Mianowicie zbliżył się do nas obdarty hindus, mówiąc że przebył całą pustynię, ale może nam sprzedać… zimne piwko :D. Aż głupio odmówić, piwko na pustyni ma swój klimat. Więc nie odmówiliśmy. Chwilę potem ten sam typek, już przebrany w normalny strój, nosił łóżka polowe do stojącego nieopodal szałasu :P. Chcieliśmy żeby nasz camel trek był jak najbardziej dziki, jednak po całym dniu moknięcia na wielbłądzie nie narzekamy na schronienie z łóżkami – eh, hindusi wiedzą lepiej czego chcemy niż my sami.




Następnego dnia zaczęło świecić słońce. Kiedy na wielbłądach przemierzaliśmy drogę powrotną, stwierdziliśmy że deszcz był lepszy – jezu jak gorąco. Potem jeepem podjechaliśmy jeszcze do opuszczonego miasta, a potem z powrotem do Jaisalmeru. W końcu mogliśmy zobaczyć go w żółtych, pustynnych barwach.



Następnego dnia czeka nas 16h pociągiem z powrotem do Delhi, gdzie odbywa się ogromna demonstracja antykorupcyjna, popierająca sprawę Anna Hazare.

Nazajutrz lecimy do stolicy Nepalu, Kathmandu.

 

Fragment filmu LiveALife – część III, czyli Jaisalmer: