Wiatr mierzwi włosy kiedy siedzę w otwartych drzwiach pociągu, obserwując jak cielę zmieniający się krajobraz. Teraz pociąg jedzie już szybko, przez półpustynię, jednak było gorzej. Wyjeżdżając z Delhi pociąg wlecze się przez przedmieścia. Te zamieszkują najbiedniejsi hindusi, tworząc wielkie osiedla slumsów. Bieda kłuje w oczy, pociąg jak na złość daje wystarczająco dużo czasu żeby przyjrzeć się wszystkiemu.

Jaipur jest stolicą największego stanu Indii, Rajasthanu. Gdy wysiadamy z pociągu rzuca się na nas stado rikszarzy. Żądają zbyt wysokiej ceny, lubimy się targować, nie cierpimy tych targów przegrywać. Gdy olewamy jednego, i podchodzimy do innego od razu uzyskujemy lepszą cenę. Jednak coś jest nie tak. Inni rikszarze przez chwilę gadają z nim po hindusku, po czym nasz nowy rikszarz oświadcza nam, że jego wehikuł się zepsuł (nawet nie próbując go uruchomić). Tak to już w Indiach jest, turystów się oskubuje jak się tylko da, bez skrupułów, czasem na walkę z oszustwami poświęca się godziny, tak są uparci. My radzimy sobie w sposób klasyczny, bierzemy rikszę płaconą z góry – stoiska z prepaid taxi znajdują się często na dworcach. Trochę drożej niż dało by się wytargować, ale nie przy tych cwaniakach.

Zamieszkujemy w strasznie fajnym hoteliku. Mamy pokój z którego da się wyjść na dach, z którego rozlega się widok na miasto.

Rano wyruszamy w Jaipur. Przechodzimy się starym miastem którego ściany są rzeczywiście różowe. Zaglądamy w różne ulice rzemieślnicze, w jednej z nich pracuje się nad marmurem, w kolejnej można kupić jedwab, dalej uliczka poświęcona barwnikom, i przyprawom. Zwiedzamy City Palace, potem Hawa Mahal – pałac wiatrów.



Hawa MahalNastępnego dnia Amber Fort, Jal Mahal – wodny pałac, oraz świątynię Galta. Fort jaki jest każdy wie, duży, mury, epicki. Jal Mahal to pałac położony na jeziorze – w tym miejscu natrafili na nas kolesie z lokalnej telewizji, i zrobili z nami wywiady :D. Świątynia Galta za to jest naprawdę magicznym miejscem. Położona wśród pagórków okalających Jaipur. Kiedy do niej zmierzaliśmy było mgliście i wilgotno, co potęgowało uczucie niesamowitości. Żyje tam plemię małp, o których z resztą nakręcono bardzo dobry dokument na National Geographic – Monkey Thieves, polecam wszystkim.

Amber Fort

Jal Mahal
Galta
Monkeys JaipurZ Jaipuru przemieszczamy się do Jodhpuru (kilka godzin pociągiem). Miasto które słynie z dwóch rzeczy – po pierwsze jest niebieskie (kolor ścian budynków w całej jednej dzielnicy, miał odstraszać moskity), po drugie góruje nad nim przewielki, przeepicki fort.
Mahryangyaygadyas Fort
Blue CityW Jodhpurze oprócz obejrzenia fortu też od środka, nie było zbyt wiele do zwiedzania. Rynek pod Clocktower był czymś w rodzaju centrum, sprawiał wrażenie jakby był zatrzymany w średniowieczu.  W ogóle całe to miasto zauroczyło swoim klimatem, zegar zatrzymał się dla niego conajmniej 400 lat temu. Do takiego odczucia bardzo przyczyniła się wszechobecna obecność :D krów. W poprzednich miastach nie było ich aż tak dużo, tutaj zalewały ulice, były wszędzie. Ciekawie było w nocy. Właściciel naszego guesthousu był młodym hindusem, tak się stało że z nim popiliśmy. Rozmawialiśmy o różnicach kulturowych, potem o star warsach, bo okazało się że nie zna tych filmów. Było już po północy kiedy stwierdziliśmy, że musimy znaleźć sklep i zakupić produkty do dalszej imprezy. Było to praktycznie niemożliwe, gdyż w Indiach prawie wszystko zamyka się wcześnie, a sklepy z alkoholem są tylko rządowe, i zamykane punkt 10:00. Jednak sama perspektywa wyjścia w uśpiony Jodhpur była ciekawa. Niesamowita jest w Indiach różnica pomiędzy dniem i nocą. Jeszcze kilka godzin temu ledwo dało się poruszać po uliczce, którą teraz idziemy żwawym krokiem. Wszystko jest szare, nie ma ani skrawka zieleni, tylko zasuwane blaszane drzwi, jedne obok drugich, jak w labiryncie. I krowy, teraz leżące gdzie popadnie, czasem torujące drogę tak, że musimy iść równoległą ulicą – one się nie ruszą, są święte, w dodatku zmęczone. W pewnym momencie słyszymy jakieś dźwięki, rytmiczne, powtarzalne. Zmierzamy w ich kierunku – to ceremonia dla kobiet, które modlą się śpiewając zgromadzone wokół oświetlonego ołtarzyka. Jesteśmy oszołomieni, jest środek nocy, a my pijani trafiamy na orientalny obrządek. Wszystkie oczy kobiet, w których odbijają się płomyki świec, zwracają się w naszą stronę, obdzierają wzrokiem, tak samo zdziwionym jak nasz. Co robimy? Dosiadamy się z grzecznym „Namaste” (hinduskie przywitanie), i spędzamy chwilę na absurdalnie nie składnych modlitwach :D.

Dużo chodziliśmy też po mieście za dnia, samo to przysparzało wielu wrażeń, polubiłem Jodpuhr. W sklepie z tytoniem właściciele nauczyli nas palić chillum (rodzaj fajki), częstowali tabaką, nawet dodali na facebooku. Dzieciaki chciały być fotografowane i nagrywane, zakupy chciały być kupione (nabyliśmy tu przyprawy i hinduskie spodnie).
Jai Kids
Clocktower
Tabak ShopNocnym pociągiem zmierzamy do Jaisalmeru, pustynnej mieściny.

Fragment filmu LiveALife – część II, czyli Jaipur i Jodhpur: