Aeroflot, Rosyjskie linie, mają najtańsze połączenia do Azji. Właśnie z nimi lecimy przez Moskwę do Delhi. Przylatujemy nocą, dzięki temu po światłach miasta można zobaczyć jak jest rozległe. W zeszłym roku oszołomił nas ogrom Bangkoku, aglomeracja Delhi jest ponad 2 razy ludniejsza. Wychodzimy z klimatyzowanego lotniska – bam, uderza nas smród, charakterystyczny chyba dla wszystkich krajów Azji, i fala gorąca. Bierzemy taksówkę na ulicę Main Bazar, backpackerskie miejsce gdzie łatwo znaleźć hotel. Również turystyczną żyłę tej części Delhi. Spodziewaliśmy się że życie na takiej ulicy trwa dzień i noc (myśląc w kategoriach Bangkoku). Jednak myliliśmy się do końca. Ulica jest szara, mroczna i idealnie pusta – przynajmniej takie sprawia wrażenie, jednak przykryci kartonami, gazetami i śmieciami leżą na niej żebracy, przytuleni do krawężników. Od razu rozumiemy że znajdujemy się w kraju w niczym nie podobnym do Tajlandii. Szukanie hoteliku nie zajmuje długo, zasypiamy szybko ukojeni powiewem wentylatora.

Pokoje mamy bez okien, jednak od razu orientujemy się że już rano – hałas miasta jest kakofonią dźwięków, z którego najcharakterystyczniejszym chyba jest trąbienie. Wychodzimy na zewnątrz i nie możemy uwierzyć że stoimy na tej samej ulicy co w nocy. O ile wtedy nie było widać tu żywego ducha, o tyle teraz nie ma miejsca gdzie by takiego ducha nie było – życie jest wszędzie, za straganami, na straganach, jeżdżące na rikszach, kupujące gazety, sprzedające podróbki, wciśnięte w najmniejsze zakamarki, jest go za dużo. Do tego wszystkiego zgraje psów, krowy, muchy. I wszystko to hałasuje i śmierdzi. Jesteśmy zadowoleni :D. Nudy tu nie zaznamy.

Zaczynamy od rikszy na Connaught Place, wielkie ronda, jedno w drugim, z parkiem w środku. Tam spożywamy nasz pierwszy posiłek w Indiach – Chicken Maharaja Mac z McDonalda :D. Jakoś nie mieliśmy jeszcze weny na lokalne jedzenie, a byliśmy strasznie głodni. Hindusi nie jedzą krów, islamiści wieprzowiny (a jest ich spora część), tak więc jedynym mięsem w sieci jest kurczak.

Następnie siadamy w parku, zaraz podchodzi do nas hindus z wspaniałą propozycją usługi czyszczenia uszu. Dziękujemy grzecznie :P. Dzień spędzamy spokojnie, z powodu jet laga. Siedząc w parku kupiliśmy sobie po piwku. Okazało się to złym pomysłem. Podchodzą do nas policjanci, na szczęście dla nas nie mówią po angielsku, stoją tylko nad nami i gadają ze sobą, zapewne zastanawiając się co z nami począć. Po chwili przelatujący gołąb trafia we mnie ekskrementem :P. Mimo powagi jakiej wymagała sytuacja chłopaki zaczynają się ze mnie strasznie śmiać, ja wycieram się czym mogę. Wyrzuciliśmy piwo a policjanci w końcu puścili nas wolno, sami lekko się podśmiewując.

Wieczorem pojechaliśmy pod Jama Masjid, znany meczet. Ulica która do niego prowadziła zmieniona była w ogromny targ.

Potem wstąpiliśmy do Red Fortu na light & sound show, który jest bez-na-dziej-ny! :D Ale sam w sobie Red Fort całkiem fajny. Potem jeszcze spacer, a raczej walka o przeżycie w tłumie na Chandni Chowk, jednym z najstarszych i najbardziej zatłoczonych rynków w Delhi – który dostarcza ataku na wszystkie zmysły. Słyszysz trąbienie, warkot samochodów i riksz i wrzaski ludzi, czujesz gorąco i ocierające się ciała przechodniów, smakujesz unoszące się z parą w powietrzu smaki potraw gotowanych na wolnym ogniu zmieszanych ze spalinami, i jeszcze to wszystko widzisz. Indie :D.

Rano idziemy zobaczyć Jama Masjid od środka, potem spacer do India Gate, i parlamentu.



Wieczorem odkrywamy nasz bar – My Bar. Jeden z dwóch otwartych do 24 (to w Delhi szał) na Main Bazar, zawsze zatłoczony i zadymiony fajkami, jednak swojski, będziemy do niego wracać. Tam jemy różne hinduskie potrawy, thali, chicken z tandoora (wielkiego pieca), ciapati, naany. I pełno sosów. Osobiście liczyłem na to że w Indiach, skoro już nie ma za dużo mięsa (a mięso to ja uwielbiam), przynajmniej dania będą mocno warzywne. Jednak nic z tych rzeczy, wcina się różnego rodzaju chlebowe placki maczając w najróżniejszych sosach. Niektórym smakuje to wybitnie (Michu), a niektórym wcale (ja, czyli Mosak). Na szczęście w indyjskich restauracjach przyjęło się też częstować kuchnią chińską, która smakuje chyba wszystkim.

Kolejny dzień to katorga, zostajemy wciągnięci w scam, z którego na szczęście wychodzimy górą. Mianowicie chcieliśmy kupić bilety na pociąg do Jaipuru, jednak w soboty na dworcu kasy są zamknięte. Wykorzystują to cwani hindusi, którzy zaciągają do miejsca w którym rzekomo kupimy bilet z łatwością. Na miejscu (klimatyzowany lokal turystyczny) miły pan z uśmiechem na ustach sprawdza miejscówki na pociąg – oj niestety wszystkie zajęte (w rzeczywistości sprawdzał tylko miejscówki ze specjalnym przeznaczeniem dla turystów, ich rzeczywiście jest mało, lecz nie różnią się niczym od zwykłych miejscówek). Nie ma szans na pociąg, proponuje nam wycieczkę po Rajasthanie minibusem, który miałby być do naszej dyspozycji. Długo sprawdzamy inne połączenia pociągiem, jednak wszystkie okazują się wykupione. Opcja minibusa nie bardzo nam się podoba, jednak powoli i metodycznie jesteśmy do niej zachęcani. W końcu stwierdzamy że trochę za bardzo zależy naszym miłym panom, i że coś tu jest nie tak. Zdecydowaliśmy się wyjść i przemyśleć sprawę na spokojnie sami. I wtedy się zaczęło – hindusi z biura zaczęli na nas krzyczeć że już tyle nam pomagają a my żadnej wdzięczności nie okazujemy, że już zostawiliśmy numer telefonu, i że jak wyjdziemy to zadzwonią do ambasady że jesteśmy oszustami :D. Zarzuty są tak nieskładne, i bezsensowne – już wiemy że chcą nas zastraszyć, a to wszystko jest oszustwo. Z uśmiechem wychodzimy, całkiem rozbawieni ich bezczelnością. Sytuacja staje się jeszcze bardziej klarowna, gdy totalnym przypadkiem spotykamy dwie polki, które mówią nam że najlepiej kupować bilety przez internet. I to porada dla wszystkich, oto strona na której możecie z łatwością rezerwować transport w Indiachwww.cleartrip.com . Polegaliśmy na niej cały wyjazd.

Resztę dnia spędziliśmy na wycieczce do grobowca Humayuna, gdzie z nieba spada nam bezpański latawiec. Popularna zabawka w Indiach – gdy dwóch przechodzących hindusów zauważa jak jesteśmy beznadziejni, robią nam gruntowne szkolenie w puszczaniu, widać że robili to całe dzieciństwo.

Następnego dnia bierzemy pociąg (w którym jest dużo miejsc :D), i zmierzamy do Jaipuru, różowego miasta.

 

Fragment filmu LiveALife – część I, czyli Delhi: