Przed wami ostatnia częśc filmu z naszej podróży po Azji południowo-wschodniej. Niestety stała się rzecz dla mnie niesłychanie smutna, bo przez przypadek usunąłem wszystkie swoje ujęcia z ostatniej jej części. Na szczęście mój kumpel nagrywał troszkę swoją małą kamerką, i zostało nam kilka ujęć z wodoodpornej kamerki GoPro. Więc krótki filmik udało mi się z tego sklecić.

Nasze wyjazdy lubimy zamykać spektakularnie, wiśnią na torcie. Tak jak pod koniec pobytu w Indiach zaserwowaliśmy sobie Taj Mahal, tak i w tej części świata chcieliśmy zobaczyć swojego rodzaju „cud”, tym razem natury.

Jednak jak to z cudami bywa, szybko psują się pod wpływem turystyki – jeśli cud zobaczy zbyt wiele osób, staje się on codzienniejszy i traci magię. Nie inaczej jest z Halongiem. Większość odwiedzających rezerwuje rejs po tej zatoce już w Hanoi. Tak też zrobiliśmy i my. Ceny wahają się znacząco, ale z tego co przyszło się nam dowiedzieć dopiero później, nie mają większego znaczenia jeśli chodzi o jakość. Na nasz rejs wykosztowaliśmy się 50$, jednak na barce poznaliśmy amerykanina który za tą samą przyjemność dał 120$, oraz kilku hiszpanów którym udało się uzyskać cenę 35$. Wszyscy spaliśmy w takich samych kajutach i jedliśmy identyczne (zresztą bardzo marne) jedzenie. Na pewno kursują również statki bardziej ekskluzywne, jednak w granicach cenowych które my sobie narzuciliśmy trzeba schodzić z ceną na sam dół :D. A jak to wszystko wygląda?

Rankiem pod nasz guesthouse w Hanoi podjeżdża bus. Zabiera nas w kilkukodzinną podróż na wybrzeże. Tam stoją już „junki” – barki które zabiorą sporą ilość turystów (wolę nie wiedzieć co się tu dzieje w sezonie). Łódki są stare i poniszczone. Jeśli marzyliście o tych ze zdjęć, z charakterystycznymi żaglami, niestety pozostanie to w sferze marzeń. Pogodę mamy nietęgą – mocny wiatr, pełne zachmurzenie. Jednak mimo to rysujące się w oddali skalne formacje mocno nas pociągają. Najpierw dopływamy do wyspy z ogromną jaskinią. I tu pierwszy pokaz tego jak turystyka niszczy cuda. Jaskinia jest w całości oświetlona kolorowymi lampkami, ścieżki przygotowane w postaci schodów, żadnej dzikości. Po jaskiniach w Laosie, gdzie trzeba było je „zdobyć”, przedzierając się przez ciemności z latarkami i wspinając po śliskich kamieniach, ta mimo swojego ogromu była po prostu śmieszna. Efekt dodatkowo psuje sznur turystów poruszający się żółwim tempem.
Jaskinię opuszczamy jak najszybciej, wymijając resztę zwiedzających. Chcemy już płynąć dalej, podziwiać zatokę. Po jakimś czasie nasza łajba odbija od brzegu i znów możemy cieszyć oczy, gdy wpływamy pomiędzy coraz nowsze wysepki.

Pod wieczór nasz „junk” zatrzymuje się i zarzuca kotwicę. Tu będziemy mieli nocleg. Pora na obowiązkowe skoki z dachu naszej łajby. Potem kolacja (marna!), a potem zaczyna się ciekawa noc. Na łódkę nie wolno wnosić własnego alkoholu, jednak dziwnym zbiegiem okoliczności wszycy po kolacji idą do swoich kajut i po godzinie wracają na pokład elegancko podchmieleni :). Tak zaczynamy imprezowy wieczór (przewidując taki obrót spraw sami również się zaopatrzyliśmy). Nasza łódka stoi na noc połączona z bliźniaczą, z której ludzie przeskakują do nas. Robi się tłoczno, wesoło i towarzysko. Poznajemy wiele ciekawych osób, a spać idziemy dopiero nad ranem…

A rano wita nas intensywne słońce. Widzimy więc Ha Long w kolejnej, bardziej zielonej i żywej odsłonie. Pięknie jest.