Droga do Ubud była krótka, ale ciężka. Po pół godziny szaleńczej jazdy po krętych górskich drogach, ktoś z nas wreszcie nie wytrzymał i zapytał kierowcy “Moglibyśmy zrobić małą przerwę? Chyba trochę mi niedobrze…” a pytanie to zostało nagrodzone (prawie) owacją na stojąco, bo wszyscy czuliśmy się podobnie :) Kolejną nieprzyjemną godzinę później dotarliśmy do celu i znaleźliśmy bardzo przyjemny rodzinny guesthouse, nieświadomi strasznych scen, które miały rozegrać się w nim dwie noce później.

Ale po kolei, zacznijmy od rzeczy przyjemnych. Ubud, choć mocno nastawiony na turystów, to bardzo ciekawe miejsce, w którym odwiedzający mogą nacieszyć się balijską kulturą w całej jej okazałości. Każdy dom ma małą świątynię w ogródku, codziennie składa się dary przed posągami bogów, a świeże kwiaty są zrywane (codziennie!), aby przyozdobić ogrody i domy.

Z drugiej strony, europejskie jedzenie i luksusowe SPA nie należą tu do rzadkości, więc niektóre części miasta wydawały nam się być bardzo mało autentyczne. Nasz budżet nie przewidywał pobytu w SPA, więc zabraliśmy się za odkrywanie bardziej codziennej i naturalnej strony Ubud. Ostro targowaliśmy się o ubrania i pamiątki (jak np. penisokształtne otwieracze do butelek) na miejscowym rynku i odkrywaliśmy piękne okolice miasta. Ubud leży między niesamowitymi polami ryżowymi i wszędzie pełno jest wszystkich tropikalnych roślin, jakie tylko można sobie wyobrazić.




W Ubud najbardziej przypadł nam do gustu małpi las, do którego poszliśmy dwa razy. Pierwsze spotkanie z jego mieszkańcami nie było zbyt miłe – dokładnie w momencie, gdy zaczęliśmy czytać zasady odwiedzania parku, a dokładniej ich część o zakazie wnoszenia jedzenia, jedna odważna małpa ukradła Claire paczkę chipsów, otworzyła ją bez problemu i zaczęła radośnie je wsuwać siedząc kilka metrów od nas. Jak się niedługo dowiedzieliśmy, balijskie małpy umieją nawet otwierać plecaki i torebki, więc przy drugiej wizycie nikt z nas nie popełnił błędu przyniesienia ze sobą czegokolwiek jadalnego. Tak naprawdę po chwili przyzwyczailiśmy się do niesfornych zwierzaków i bawiliśmy się z młodymi małpkami, próbując jednocześnie nie wkurzyć ich rodziców zbyt mocno. Najbardziej ciekawiło nas ich zachowanie, więc spędziliśmy godziny po prostu obserwując je i dziwiąc się, jak bardzo przypominają one ludzi.



Okazało się, że mieliśmy dużo szczęścia i odwiedziliśmy Indonezję w czasie, gdy jej mieszkańcy świętują dwa ważne wydarzenia – po Idul Fitri na Jawie, mieliśmy okazję zobaczyć hinduistyczne święto Galungan na Bali. Całe miasto było pięknie udekorowane, a wszystkie rodziny przygotowywały się do ważnego dnia, który symbolizuje zwycięstwo dobra nad złem. Cieszyliśmy się z możliwości zobaczenia czegoś nowego i z okazji dowiedzenia się czegoś więcej o indonezyjskiej kulturze aż do momentu, gdy dowiedzieliśmy się od naszych nowych sąsiadów, że cała zabawa wiąże się z zarżnięciem świni. O czwartej nad ranem. U nas w ogródku. Bez wdawania się w szczegóły możemy powiedzieć, że raczej szybko nie zapomnimy tego, co usłyszeliśmy tamtej nocy. Nikt z nas nie miał pojęcia, że zabijanie świni w “tradycyjny” sposób trwa ponad 40 minut…



Nie było to jedyne wydarzenie, które spowodowało, że mieliśmy mieszane uczucia co do mieszkańców Ubud. Pod koniec naszego pobytu chcieliśmy wybrać się na nocny rynek, gdyż usłyszeliśmy, że gdzieś niedaleko miasta takowy się znajduje i można na nim dostać bardzo tanie i pyszne, prawdziwie indonezyjskie jedzenie. Po wypytaniu paru osób o drogę, wreszcie znaleźliśmy taksówkarza, który znał drogę i zgodził się nas tam zabrać. Podwiózł nas, wysadził na “miejscu” i odjechał bez słowa. Nawet jeśli miało ono przypominać rynek, to na pewno nie NOCNY, skoro o 19 były tam otwarte jeszcze tylko dwa stoiska… Całą sprawę pogorszył (jedyny w czasie naszej całej wyprawy) deszcz i fakt, iż nie było tam nikogo, kto mógłby zabrać nas z powrotem do miasta. Schroniliśmy się na chwilę w pobliskiej restauracji Padang i po całkiem niezłym posiłku ruszyliśmy na piechotę w naszą pięciokilometrową drogę. Po drodze przez przypadek trafiliśmy na grupę ćwiczącą legong, tradycyjny balijski taniec. Mieliśmy szczęście i tancerze zaprosili nas na swoją próbę generalną, więc mogliśmy zobaczyć przedstawienie za darmo i jako jedyni widzowie! Niestety, nasze kontakty z tancerzami i ich nauczycielami zostały trochę zepsute przez obawę, że zaraz ktoś poprosi nas o pieniądze albo w jakiś sposób oszuka. Na szczęście okazało się, że nasze obawy były zupełnie bezpodstawne i trafiliśmy na naprawdę życzliwych ludzi.


Po wszystkich przygodach w Ubud, zdecydowaliśmy że przyszedł czas na powrót nad morze. Tym razem, naszym celem była Kuta – znane miasto przy plaży pełnej surferów i prawdopodobnie najgłośniejsza imprezownia na wyspie.

Zdjęcia – Mascha
Tekst – Paweł